czwartek, 26 stycznia 2017

[OPOWIADANIE] Środek nocy 3#

Ten fragment jest wyjątkowo niepokorny, dlatego prosimy o nie gniewanie się na autorkę, autorka nie ma na celu urazić jakichkolwiek uczuć religijnych i duchowych.
Chociaż przyznaje, że jest w stanie. 
Ale cii! 

Kiedy dziesięć minut później wychodziliśmy z domu, RMF grało Adele – Rolling in the deep. Co za zgranie. Nie licząc miłości. Przebiliśmy się nieco niepewnie przez śnieżne zaspy otaczające blok i skierowaliśmy w stronę pobliskiego kościoła. Cisza, pustki, uroki małego miasta. Świetnie. Policji też nie było, na szczęście. Jeszcze tego brakowało, aby zgarnęli nas na dołek. Już sobie wyobrażałam tłumaczenia Stacha – panie władzo, moja przyjaciółka ma wewnętrznie dogłębny problem. I tak dalej. 

Po co my właściwie szliśmy do kościoła? Przecież nie rozbiorę się na środku boskiej świątyni! Kiedy zwolniłam, targana pijackimi niepewnościami, mój wspaniały przyjaciel gej pociągnął mnie za rękaw płaszcza. Kościół nadchodził. Albo nie, to raczej tak – kościele, nadchodziliśmy! Wspinając się po schodach przyjaznych tylko moherom, zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak bardzo jestem pijana. To chyba grzech wchodzić po pijaku do kościoła? A bez wnętrzności? Nie, no, w sumie miałam wnętrzności, przecież Stach mi je wsadził… Czy to liczyło się jako dobry uczynek? Mój czy jego? Albo może usprawiedliwienie? Tak, pijaństwo z pewnością było usprawiedliwieniem dla rozkładającego się, żyjącego ciała. Mojego ciała! Kurwa, za jakie grzechy… 
No, nic, może się dowiem. A może jednak Pan Bóg wyznaczył mi misję? Nawrócić siebie i innych? Głosić dobrą nowinę? Mogłam to robić, nie będąc w stanie rozkładu. Ta. Mruknęłam pod nosem, na co Stach znów mnie pociągnął. Już to widzę, jak nie będąc w stanie takim, w jakim jestem teraz, nawracam innych. Błogosławieni wszyscy święci, którzy pozostajecie w niebie, pieprzę was! Tak jak wy pieprzycie moje życie na co dzień! Amen. Nie wiem, co to miało wspólnego z chwilą obecną, ale tak mi się pomyślało.

Stach pchnął zamaszyście wielkie wrota, a ja zakryłam dłonią usta, aby się nie roześmiać. Teraz powinien powiedzieć – nadchodzę wam ja, niewierni! – Albo coś w ten deseń. Dosyć komicznie, nie? No, dobra, może nie całkiem, biorąc pod uwagę fakt, że było chujowo. Chociaż w sumie sama nie wiedziałam, jak było. Przecież nic mnie nie bolało, a to zawsze jakiś plus, prawda? A może jakieś nanoboty wyżerały mnie od wewnątrz? Hm, ciekawe… 
Kiedy Stachu uklęknął na środku kościoła, pod samym ołtarzem, popatrzyłam na niego jak na jeszcze większego debila. On jednak zgromił mnie swoim nietrzeźwym spojrzeniem, co zapewne miało mówić – zachowuj się – i znów pociągnął mnie za rękaw. Jak Boga kocham, obetnę mu te jego upierdliwe palce. Uklęknęłam obok i spojrzałam na Jezusa wiszącego na krzyżu. W całym kościele było może kilka staruszek. Jedna szlochała gdzieś w kącie, reszta żarliwie się modliła w tym zajebiście klimatycznym półmroku. Stach oparł łokcie na balustradzie, złożył przed sobą ręce i podparł na nich głowę, zakrywając sobie tym samym usta. Wpatrzył się w wiszącą postać i znieruchomiał. Okej, no dobra, niech się modli, może mu się uda coś uprosić. 

Podążyłam za jego wzrokiem, znów wbijając spojrzenie w Jezusa. Tylko co ja miałam powiedzieć? Panie Jezu, wybacz, że jestem pijana, ale życie mnie do tego zmusiło? Przecież kurwa widzisz wszystko! Nie, nie tak, przepraszam, Jezu, za kurwę, ale sam rozumiesz, że wypadanie flaków to nieco stresująca sytuacja, jakby nie patrzeć. Tak, więc… Westchnęłam. Panie Jezu, czym ja aż tak zgrzeszyłam? Nie byłam za bardzo rozwiązła seksualnie! Przecież sam byłeś człowiekiem! A może to jakiś rodzaj zbawienia? Wiesz, jak chcesz mnie zbawić i zmartwychwstać, to najpierw sugerowałabym uśmiercenie. Za życia to tak trochę dziwnie… Nie, no, coś mi definitywnie nie szło.
Zerknęłam na Stacha. Miał zamknięte oczy. Ten to się dopiero żarliwie modlił. Patrzyłam na niego przez dłuższą chwilę, po czym delikatnie szturchnęłam go łokciem. Odpowiedziało mi ciche chrapnięcie. Zaraz… Wbiłam w niego wzrok. A to palant! Czy on kurwa właśnie przycinał kimę przed ołtarzem?? Zerknęłam na postać Jezusa i znów na niego. Odchrząknęłam. Nic. Obejrzałam się dyskretnie, ale kobiety w dalszym ciągu były pogrążone w tym stanie… jakimś tam. No do nędzy. Ciekawe, czy jak go popchnę mocniej, to się przewróci? To byłoby nawet zabawne. Powstrzymałam się, uświadamiając sobie, że wystarczy, że jestem mega wstawiona i klęczę w boskiej świątyni, napadu śmiechu do tych grzechów nie trzeba mi było dokładać. Dobra, co począć, co począć… Kaszlnęłam głośno, na co już Stach zareagował. Uff. Podniósł głowę i spojrzał na mnie, unosząc brwi. Czego się dziwisz, pacanie? Chciałam zapytać, ale nie zapytałam. Wbiłam w niego znaczące spojrzenie. 
– Ty śpisz! – syknęłam półgębkiem. 
– Coś ty, Hel! – zaprzeczył. 
– Cicho!
– To stan najwyższego skupienia – stwierdził spokojnie. – Sam Dalajlama go osiąga. 
– Jesteśmy w kościele chrześcijańskim, idioto! – warknęłam przez zęby.
Skwitował to machnięciem ręki, obejrzał się za siebie i wstał. Znów pociągnął mnie za rękaw. 
– Co ty…
– Wiem, czego ci trzeba – szepnął, konspiracyjnie osłaniając usta. Zmarszczyłam brwi, a on skinieniem wskazał konfesjonał. 
O, nie, nie, nie, nie. Oszalał! Zanim jednak zdążyłam się wycofać, popchnął mnie w kierunku tej strasznie wyglądającej budki, przez co wzrok księdza spoczął na mnie srogo i ciężko. Wyprostowałam się natychmiast, przybrałam żałosny wyraz twarzy i przyklęknęłam przed kratką na tyle gęstą, że mógł mi co najwyżej wsadzić palca w oko. Zawsze coś. Stach stanął za mną jak ochroniarz. Albo nade mną, jak kat. Odchrząknęłam. Co to się właściwie mówiło?
– Niech będzie pochwalony… – przeżegnałam się i zamilkłam. 
– Zaczynaj, dziecko – zachęcił mnie klecha w średnim wieku. 
No, pewnie, ale jak? Chrząknęłam znów, na co Stach też chrząknął. 
– Wybacz mi ojcze, bo zgrzeszyłam… – Ta, gówno prawda, przecież ja nie zgrzeszyłam! Spadło na mnie jakieś świństwo! Westchnęłam. – Nie, bo ja właściwie nie zgrzeszyłam – powiedziałam może za głośno. – Ten gej za moimi plecami zmusił mnie, abym tu uklęknęła. – Zerknęłam na księdza, którego twarz przybierała dziwny wyraz. – Weszłam do kościoła i jakoś nie stanęłam w płomieniach, więc to, co się ze mną dzieje, nie może być nieczyste! – Obróciłam wściekle głowę, obrzucając spojrzeniem chichoczącego Stacha. 
– Dziecko, dziecko, uspokój się. Tylko spokój nas uratuje…
– Skąd ksiądz może wiedzieć, co nas uratuje! – wrzasnęłam. – Rozpadam się od środka!
– Rozumiem, że spotkało cię wielkie cierpienie. Ale to nie powód, by od razu mówić o depresji. Cierpienie uszlach…
– Jakiej depresji?! – wypaliłam. – Czy ja wyglądam na kobietę w depresji??
– Raczej w desperacji – usłyszałam zza pleców. 
– Właśnie! – obróciłam się znów. – Może ty powiesz panu…
– Księdzu!
– Księdzu, czemu ja tu klęczę? 
– Proszę księdza – Stach uklęknął obok, prawie spychając mnie z tego śmiesznego podeściku. – Moja przyjaciółka ma problem iście wewnętrzny. Nie radzi sobie sama ze sobą, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wie ksiądz, dobrze jest odnaleźć Boga, kiedy…
– Kiedy flaki wypadają mi na wierzch, ja mam szukać Boga?! – warknęłam. 
– Dziecko, nie musisz się tak dosłownie wyrażać. Rozumiem twój ból. 
Pomyślałam, że za moment trafi mnie szlag. Tak, dosłownie. To dopiero będzie uzewnętrznianie. Ten klecha myślał, że mam coś z głową. A może miałam? To przecież kurwa nierealne! Jakiś obłęd! 
– Chodźcie dzieci, przejdziemy na stronę, zachowajmy spokój modlitwy innych – powiedział ksiądz i wyszedł z tego swojego małego domku.
Popatrzyłam na Stacha zdziwiona, ale on tylko wzruszył ramionami i pomógł mi wstać, jakbym była obłożnie chora. Wyrwałam swoje ramię z jego uścisku i poszłam przodem. Na zakrystię. Tam nas zaprowadził ksiądz. Kiedy zamknął ciężkie drzwi, poczułam się jakoś tak dziwnie. Przypomniała mi się piosenka Hoziera – Take me to church. W końcu ja byłam prawie lesbą, a Stach totalnym gejem. Cholera. Tyle artefaktów wkoło! Rozejrzałam się niepewnie, sprawdzając możliwe drogi ucieczki, gdyby nagle zza rogu wyszła gromada zakapturzonych Inkwizytorów. 
– Więc, co takiego cię trapi, moje dziecko? – zapytał, składając ręce jak do modlitwy. 
Już miałam powiedzieć, że gdybym była jego dzieckiem, to by go ze społeczności katolickiej wykluczyli, ale ugryzłam się w język. 
– Pokaż – zasugerował Stach. 
– Co ty bredzisz! – warknęłam na niego. Jeszcze tego brakowało, abym rozbierała się przed księdzem!
– Proszę księdza, chyba najlepiej będzie, jak ksiądz sam zobaczy, nie? – zapytał mój genialny przyjaciel. 
Ksiądz milczał. Raczej nie spodziewał się, że będzie widzem, a nie słuchaczem. 
– No – Stach szturchnął mnie w bok. 
Wywróciłam oczami. 
– Dobra, ale na własną odpowiedzialność. 
– Hel, ksiądz to poważny człowiek, ojciec, posłaniec Boga, nie straszne mu są różne… – zająknął się. – Choroby, prawda?
– Tak, tak, oczywiście. 
Żarliwe przytaknięcie księdza wprawiło mnie w jeszcze gorszy nastrój. Ciekawe, czy już wszczął cichy alarm, biorąc pod uwagę fakt, że śmierdziało od nas na kilometr? Chyba że sam był po solidnej dawce mszalnego, czego bym nie wykluczała. W końcu to msza wieczorna. Westchnęłam, opluwając sobie przy tym brodę, po czym zdjęłam płaszcz. Kiedy sięgnęłam swetra, ksiądz cofnął się o krok. Złapał się za skronie, niby przesłaniając sobie oczy. 
– Dziecko…!
– Ale ojcze, to konieczne – stwierdził Stach. 
Klecha milczał, obserwując przez palce moje poczynania. Zdjęłam nieszczęsny sweter i wskazałam na bandaże. 
– Mówiłam, że się rozpadam – powiedziałam. Radosna krew nadal radośnie przesiąkała przez materiał. Czułam się trochę jak inwalida wojenny, który położył się na minie. I nie mógł umrzeć. Rzecz w tym, że ja nie chciałam umierać. I nic nie wskazywało na to, że umrę, nie licząc dziury w brzuchu. Czy ja nie powinnam się już wykrwawić? 
– Może odwiąż? – zapytał Stach. 
– A chcesz mnie znów zbierać z podłogi? 
– Hm, chyba za bardzo wytrzeźwiałem – stwierdził, rozglądając się po meblach. Jak go znałam, właśnie szukał wina. – To niech ksiądz zajrzy za. 
– Za co? – zapytał ksiądz. 
– Za bandaże. W końcu to źródło problemów Helen. 
Ksiądz ledwo powstrzymał grymas i podszedł bliżej. Chciałam zapytać Stacha, czy wziął ze sobą jakiś nóż w razie potrzeby ewentualnej obrony, ale było za późno. Zawsze można skorzystać z porozstawianych wszędzie lichtarzy, nie? Okej, raz kozie śmierć. Z dupy powiedzonko, ale dobra. Stach stanął w pozycji półobronnej, wprawdzie był tak chudy, że masywny klecha przewróciłby go trzaśnięciem z liścia, ale mniejsza o to. Ksiądz zajrzał za odchylony przeze mnie bandaż. I jak zajrzał, tak krzyknął, cofnął się nazbyt energicznie, jak na swoją nadprogramową tuszę, i wpadł na pobliski stół. Stach, wykorzystując chwilową niemoc boskiego posłańca, podał mi sweter i płaszcz, jakby szykował się do ewakuacji. Następnie przykucnął lekko przede mną, na rozstawionych nogach, co wywołało u mnie salwę śmiechu. Wyglądał raczej, jakby mu się chciało bardzo kupę, niż jakby zamierzał mnie przed czymkolwiek obronić. Zignorował na szczęście mój nietakt, skupiając się na postaci podnoszącego się z ziemi i połamanego stołu księdza. Znów szybko to zrobił. Oni mieli jakieś nadzwyczajne zdolności? Przestałam się nad tym zastanawiać, kiedy sięgnął po krucyfiks i zaczął odmawiać Ojcze nasz.
– Ale, proszę księdza! – krzyknął Stach, przekrzykując jego słowa. – Co ksiądz robi?!
– To szatańskie nasienie! – wrzasnął. – Święć się imię Twoje! 
– Jakie niby szatańskie? Ona po prostu się… Ma gorsze dni!
Dobre wytłumaczenie dla wyłażących flaków. Gorsze dni. Chyba nie podziałało. Ksiądz wykonał kilkukrotny znak krzyża, odmawiając teraz Zdrowaś Mario. Zamierzał przywołać wszystkich świętych? 
– Proszę księdza – próbował go uspokoić mój przyjaciel, a ja stałam za nim jak kołek z rozdziawioną gębą. – Niech się ksiądz uspokoi!
– Uspokoi?! Tu trzeba egzorcysty!
– Egzorcysty?! – wrzasnęłam. – A czy ja wyglądam na obłąkaną??
– Szatan przez ciebie przemawia, moje dziecko!
– Jaki znów sza… – urwałam, kiedy Stach pociągnął mnie za rękę. 
– Idziemy – powiedział. 
Zobaczyłam, jak ksiądz sięgał po telefon i wszystko stało się jasne. Jako że nie zamierzaliśmy zabijać tu nikogo, posłusznie wybiegłam za Stachem wprost na mroźne, styczniowe powietrze. Przebiegliśmy kilkanaście metrów i zatrzymaliśmy się, dysząc. Cóż, przynajmniej jedna opcja wykreślona. Nie jestem nawiedzona. Modlitwa i kościół na mnie nie działy.

5 komentarzy:

  1. Ciekawe opowiadanie :)
    http://natalialukasiewicz.blogspot.com/2017/01/winter-holiday.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Dawno mnie tutaj nie było. Powiem szczerze, że opowiadanie Pani Anny serwowane w częściach mnie nie wciągnęło, ale czytam sumiennie, bo jestem ciekawa dalszego rozwoju obu Pań i owoców pracy. Kto wie, może jak kolejne części będą równie dobre, jak pierwsza część i Panią nie zabraknie weny i pomysłów na kontynuacje to może doczekamy się ekranizacji? Naszła mnie też myśl i pytanie, czy w dalszym ciągu współpracuje się Panią dobrze? Bywa czasami tak, że nagle poróżnia nas to, co wcześniej łączyło...?

    Pozdrawiam,
    Helen

    OdpowiedzUsuń
  3. Dawno mnie tutaj nie było. Powiem szczerze, że opowiadanie Pani Anny serwowane w częściach mnie nie wciągnęło, ale czytam sumiennie, bo jestem ciekawa dalszego rozwoju obu Pań i owoców pracy. Kto wie, może jak kolejne części będą równie dobre, jak pierwsza i Panią nie zabraknie weny i pomysłów na kontynuacje to może doczekamy się ekranizacji? Naszła mnie też myśl i pytanie, czy w dalszym ciągu współpracuje się Panią dobrze? Bywa czasami tak, że nagle poróżnia nas to, co wcześniej łączyło...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Helen! Tak, opowiadanie Any zawsze było mocne, bardziej męskie i z nietypowym humorem :D.
      Co do dwójki - pisze się. Pisze się bardzo fajnie, od kilku dni żyjemy w ogólnym chaosie, a raczej w świecie swoich bohaterek, nie do końca wiedząc, co się dzieje w naszym - wbrew pozorom pisanie ramię w ramię bardzo nas łączy, a pomysły przychodzą codziennie ;) Mamy już objętość taką, jak nasza książka wydawana, a mamy na dopisanie jeszcze kilka(naście) rozdziałów. Niedługo powinnyśmy napisać o tym kilka zdań + rzucić fragmenty :)
      Och, sama chciałabym tej ekranizacji :D Coś się dzieje w kinematografii lesbijskiej, może uda się i nam:)

      Usuń
  4. Zapomniałam o anonimowym podpisie :)
    Pozdrawiam
    Helen

    OdpowiedzUsuń