sobota, 25 lutego 2017

[GABINET OSOBOWOŚCI] Mój najtrudniejszy felieton o tym, jak powoli ślepnę. Dosłownie

Nie mamy dobrych wiadomości. To znaczy, że stoimy w miejscu w życiu, w którym zastanawiasz się, który ze swoich planów możesz spełnić. O jakim celu możesz marzyć? Czy twoje marzenia na pewno są na miejscu? Szpitale to trochę złego i trochę dobrego. Nie mogę po tym tygodniu powiedzieć, że  to siedlisko samych okropnych momentów. Czasami można z niego wyjść i być zupełnie innym człowiekiem. To akurat mi się udało. 

Była środa, koło dwudziestej trzeciej, kiedy okulista oświadczył, że w trybie pilnym powinnam udać się do katowickiego szpitala okulistycznego. 


Stałam przerażona w rodzinnym domu, myśląc nad tym, dlaczego i dlaczego teraz? Nic nie mam przy sobie, nawet dowód zostawiłam w Skierniewicach, myśląc, że zaraz wracam do domu. Miałam starą piżamę, bieliznę na zmianę i książkę. Pustkę w głowie. Trochę strachu w kieszeni. 
Na oddział przyjęli mnie szybko, bo nadal w trybie ekspress. Z zażenowaniem wchodziłam i wychodziłam do gabinetu oznaczonego napisem: NAGŁE PRZYPADKI, przełykając spojrzenia starych pacjentów na moich plecach. Za miło nie było, ale na szczęście rozszerzone źrenice skutecznie uniemożliwiły mi patrzenie na ich twarze. Poczułam się słaba. Rzadko to czuję, przyzwyczajona do bycia silną ponad miarę, a raczej bez miary. Słaba i ślepa - oby nie, szeptało mi coś w głowie. Oby nie. I to chyba gadały wszystkie moje nienapisane książki. Nadal w głowie. 

W szpitalu spędziłam kilka dni.  Pół czwartku, piątek, cały weekend, poniedziałek i kawałek wtorku. Nie zadawałam sobie bezsensownych pytań dlaczego ja, pytałam bardziej, dlaczego minął mi sprzed nosa darmowy seans na całkiem w pytę film w naszym mieście i czemu to akurat muszą być sterydy. Miałam wrażenie, że sceny dzieją się obok mnie, a ja swobodnie je obserwuję i wyciągam wnioski. Nic mnie osobiście nie dotyka, a kiedy minie to całe dziadostwo - wszystko wróci na swoje stare tory. 
Nie wróciło. 
I nie wróci. 
Jestem jak tykająca bomba i proszę niebiosa, bym nie oślepła za kilka, ale za kilkanaście lat. 

Nie chcę was jednak tym zanudzać, bo o oczach napiszę wiele felietonów. Chciałabym napisać pierwszy tekst z rodzaju gabinetu osobowości. Będzie to cykl, w którym opiszę ludzi tak, jak ja ich widzę, a wcześniej ich nie widziałam. Będzie o moim odkrywaniu. Osób, które krążą dookoła, mają swoje gęby, mówiąc po gombrowiczowsku, swoje przywary i swoje stereotypy wręcz wypisane na twarzy. Siedząc na sali szpitalnej z zupełnie innymi ludźmi każdego dnia, człowiek ma wrażenie, że kurczę, poważnie się myli w ocenianiu innych. Nie wchodząc w tematy z cyklu: choroba i większa choroba, kiedy się z nimi zetkniemy, doznajemy szoku. Przynajmniej ja tak mam i teraz siedzę, mądra o jakaś tam wiedzę, o ileś tam wylanych łez. Mądra o brak diagnozy i fakt, że mogę oślepnąć.

Wiedziałeś, że ból innych pozwoli ci zachować zdrowy rozsądek? 
Ja nie wiedziałam, dopóki z tego nie skorzystałam. Owszem, czytałam Bukowskiego,  napawając się jego życiem, czerpiąc z niego garściami tylko po to, by poczuć się lepiej. Owszem, nikt tego nie rozumiał. Jestem dziwna i egoistyczna - owszem znów. Ale to mój sposób na przetrwanie. 
W szpitalu, w którym średnia wiekowa pacjentów wynosi 60+, a ty masz ledwo dwadzieścia lat i nie ogarniasz, trzeba się dopasować do otoczenia. Szlafroczek, piżamka dwadzieścia cztery na dobę, papucie to już obowiązek. Tylko ze skarpetek zrezygnowałam, dusząc się wręcz w sterylnej sali, z zakazem otwierania okna na dłużej niż kwadrans rano i to nie na pełną szerokość. O takiej wolności mogłam zapomnieć, więc wyjałowiona totalnie, wychodząc ze szpitala zgarnęłam ze sobą mocny ból gardła. 
Przypominałam więc grubą czterdziestolatkę z oczami jak denka, utkwionymi w sufit, kiedy leciała mi kroplówka. Nie siliłam się na zachowanie młodzieńczej godności - makijaż i tak był wykluczony, więc wszystkie moje szminki, atrybut tego, kim byłam przed przekroczeniem progu, zostawiłam w szkolnym plecaku. Postarzałam się i każdy, kto by mnie wtedy zobaczył, nie poznałby we mnie silnej, w miarę energicznej Angie, śmiejącej się ze świata. 
Obok mnie, na weekend, ulokowano pacjentów z oddziału położonego wyżej. Nie, to nie była onkologia, ale na pewno przypadki, gdzie patrzeć mogłaś jakimiś dziesięcioma, dwudziestoma procentami oka. Czyli prawie nic.  Prawie rozpacz. 

O tych kobietach napiszę później, bo warto. Bo taki będzie sens Gabinetu Osobowości, ale na razie skupię się na moich odczuciach, które dostałam, patrząc na nie te dwa i pół dnia. Przede wszystkim wypełniała mnie pewność, że mam jeszcze bardzo dużo szczęścia. Widzę. Może mam jedną wielką i nieprzejednaną mgłę na prawym oku, ale rozpoznaję kształty i kolory. Pacjentki zaś widziały maksymalnie jednym okiem, wszystko zamazane, wszystko nie tak, jak powinno być. Dlatego byłam wdzięczna, że ja jeszcze widzę. Bo mogłabym już albo od dziecka borykać się z jeszcze większą wadą niż zakładałam. W tym momencie boję się, że przy wizycie u doktorki moje oczy wyjdą poza skalę i maksymalnie nie będziemy w stanie poprawić widzenia. 

O co mi w tym wywodzie chodzi więc? O szczęście. O to, że jeżeli się coś dzieje, to zawsze sobie człowiek z tym poradzi. Życie jest wredne, ale jednak trzyma nas przy sobie chętnie. Możemy dać się poturbować, wspierając się na innych i innych jednocześnie, bo to nie tak, że siedziałam cicho z tymi pacjentkami, bo one miały czterdzieści lat, a ja dziewiętnaście. Rozmawiałam, pomagałam, ba, nawet one mi pomogły, kiedy którąś godzinę leżałam pod kroplówką, a przyszło śniadanie. O swoich chorobach rozmawiały, a i owszem, jednak brzmiało to normalnie. Nie jak narzekanie.  Po prostu wymiana doświadczeń. Rozmawianie jak o pogodzie. Umacniające, chociaż zupełnie nieświadomie.

Cieszę się póki mogę, bo mogę. 

Jeżeli przyjdzie mi oślepnąć, to zapamiętam ten świat jako jedną wielką fuzję wielobarwnej materii. Ale oby nie. Oby potem. 

Ja ty ona on ono ślepnie
My wy oni ślepną
Tak po prostu. Niezaprzeczalnie. 
Pada śnieg i świeci słońce. Jutro giełda terrarystyczna w Warszawie. 
Mam najlepszą rodzinę na świecie. 

Angie

21 komentarzy:

  1. Hej :)
    Smutno się to czytało, ale w życiu bywa smutno i ciężko, żeby później mogło być dobrze.
    Jaka diagnoza?

    Pozdrawiam Helen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, Helen!
      Później musi być dobrze :) właśnie diagnozy nie ma. Jako takiej. Będziemy jeździć do Wrocławia, w marcu jest wizyta. Wahają się między zanikiem nerwu wzrokowego wrodzonego, a po prostu mamy neuropatię. Na razie czekam na zakończenie leczenia i będziemy się modlić, by to było tylko takie, jakie jest, abym już gorzej nie widziała. Mgła mi nie zejdzie niestety. Ale jestem dobrej myśli, bo jakoś zawsze tak mam :D

      Usuń
  2. Uwierz mi, że wiem, co czujesz. Moimi ostatnimi randkami są neurolodzy a najlepsza była wizyta w walentynki, gdy żona była w delegacji na targach a ja stałam ze skierowaniem do szpitala w rękach i z niewiedzą co począć... Modlitwa jest zbawienna (polecam Koronkę do miłosierdzia Bożego ;) Najgorsza jest niewiedza, bo ona wprowadza nas w najgorsze myśli i lęki a one paraliżują i nie dają normalnie funkcjonować. Będzie dobrze, bo musi być dobrze. Widocznie musisz tego doświadczyć, by się umocnić. Najważniejsze, że obie mamy wsparcie i osoby, które nie pozwolą by stała nam się krzywda. Więc tak naprawdę już wygrałyśmy na loterii i nie wiem jak Ty, ale ja swojego kuponu nie oddam :)
    Helen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko, Helen, to zupełnie tak jak u nas! Wszystko nagle i bez słowa zapowiedzi! Dziękuję, koronka kiedyś była mi bardzo bliską modlitwą...
      Co do ostatniego zdania - właśnie, ja mam to samo myślenie na ten czas, kupon nie jest na oddanie :) To bardzo ważne i cieszę się również, że sobie poradzimy. Miłość zawsze leczy!

      Usuń
  3. Wierzę, że nie stracisz wzroku, nawet się o to pomodlę, bo nie zasługujesz na stratę najważniejszego zmysłu. Kurcze nikt nie zasługuje a jednak choroby i nas łapią w swoje łapska i zabierają to, co najcenniejsze. Twój post bardzo mnie poruszył, czekam na historie tych kobiet i trzymam kciuki za ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo poruszył mnie twój wpis. Szczerze wierze, że będzie u ciebie wszystko w porządku i wykluczam tą najgorszą opcję.. bądź zawsze dobrej myśli <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Czasami najstraszniejsze historię to najlepsze co nas spotyka. Daje nam możliwość spojrzeć na nasze życie od nowa. Przewartościować je. To często nie jest do pojęcia dla osób które nie tracą ważnych rzeczy w jednym momencie. Nie czują strachu, presji czasu. Osobiscie poznając ludzi którzy przeszli przez coś trudnego...zauważam zawsze w nich niesamowitą mądrość, której im zazdroszczę. To nie znaczy że są lepsi bo coś im się wydarzyło...oni po prostu coś tracą. ale też coś zyskują.

    OdpowiedzUsuń
  6. Popłakałam, ale wierzę, że wszystko będzie dobrze, trzymaj się :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Być może w ciągu tych dziesięciu lat najgorszy jest brak jakiejkolwiek diagnozy. Ale to już tylko chodzi o brak wiedzy, czy to nie będzie postępować. Nie o wyleczenie (bo to dokonało już fuzji z moim systemem), ale o ograniczenie dalszych możliwych szkód.
    Ważne że działasz. I stwierdzając cynicznie -że trafiłaś na działkę wyzbytą zabobonów i pseudonauki. Że nikt nie będzie się starał wmówić Ci, że wszystko wporządku, albo trzymając się somatyki - że to nie problem z nogą.
    Najbardziej się boję, że za trzydzieści-czterdzieści lat dowiem się, że wystarczyło zrobić coś możliwego już dziesięć lat temu, tylko lekarz to olał, bo to nie jego działka. Albo że gdyby podjąć działania choćby rok temu, to zapobiegłoby to upadku w przepaść, jaki stał się wobec braku wówczas diagnozy nieuchronny.
    Akceptacja powinna oznaczać dostosowanie się i pogodzenie, a nie zaprzestanie działania. Jak w czechosłowackim opowiadaniu "Dlaczego nie potrafię się śmiać".
    Dziś nie pamiętam, że się zachwycam, dziesięć lat temu pamiętałem, że nic mnie nie zachwycało. To znaczy że przeszedłem niesamowitą drogę - taką, jak normalny człowiek w ciągu kilkunastu pierwszych lat życia.
    Trzymaj się.
    P.s. komentarza nie podpiszę, bo to w sumie pzeufointelektualny bełkot:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Hej :) I jak się dziś miewasz?
    Jak z tą sytuacją radzi sobie Ann?
    Mam tez nadzieję, że trafisz na lekarzy z powołania :)

    Helen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już trafiła. Zamiast odesłać ją do domu lub do psychiatry (to zwykle jak pacjent się uprze, że coś mu dolega) nakazał jej udać się od razu do specjalistycznego szpitala. Pocieszające, że Angela uniknęła jednej z największych pułapek polskiej służby zdrowia.

      Usuń
    2. Helen! daj mi maila, będzie nam wygodniej i intymniej rozmawiać, lub napisz od razu do mnie na angelika1000@op.pl, będę się baaaardzo cieszyć!

      anonimku ja - kim jesteś? brzmisz znajomo, a ja nie lubię niepodpisanych ludzi :)
      Czy ja wiem, czy umknęłam? dałam się zamknąć na tydzień w szpitalu, ale chyba już drugi raz nie popełnię tego błędu i od razu udam się do Wrocławia ;)

      Usuń
    3. Ok :) You have 1 new message
      Helen

      Usuń
  9. Czasami niestety mamy takie chwile w życiu. Nie mona jednak się poddawać. Trzeba iść dalej.
    Odwdzięczam się za szczery komentarz.
    Pozdrawiam,annnathalie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Oh życie jest takie niesprawiedliwe, mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy.. Czytając ten tekst, czuje się jakbym poznała twoją duszę.

    OdpowiedzUsuń
  11. To co napisałaś, uświadamia mi, że na co dzień nie doceniamy wielu rzeczy, które mamy. Rzeczy takich jak np. zmysł wzroku, który uznajemy za coś zwykłego, należącego nam się z urzędu. Dopiero gdy coś stracimy, to wtedy płaczemy po niewczasie i widzimy jak to coś bardzo było dla nas cenne. Dlatego uważam, że warto codziennie chociaż przez kilka minut pomyśleć o tym, co mamy dobrego w życiu i podziękować za to.

    OdpowiedzUsuń
  12. Dużo można by napisać- ale po co? Dziś mogę powiedzieć Ci tylko i aż tyle: nie musisz oślepnąć. Oddaj ten problem Bogu - tak no....On to wie, co jest nie halo z Twoim wzrokiem, ale potrzebuje Twojej zgody na interwencję- więc oddaj Mu ten problem. Jezus uzdrawia dziś tak samo jak i kiedyś.
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  13. Dopiero w ostatnim czasie, kiedy życie wystawiło mnie na wielki sprawdzian, w pełni pogodziłam się z niektórymi rzeczami, zaakceptowałam to, co nieuchronne, ale nie w kategoriach porażki, ale właśnie tego zrozumienia, że nie odwróci się niektórych rzeczy, że będą nam towarzyszyć do końca życia i że trzeba nauczyć się czerpać z nich siłę, przemienić w naszą mocną stronę, doceniać to, co jeszcze możemy zrobić, powiedzieć, dostrzec. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
  14. Kochana, tak mi smutno, że diagnoza nie jest dobra. Pamiętam w modlitwie!

    OdpowiedzUsuń
  15. Jak dla mnie sytuacja koszmarna, jednak z całego serca życzę ci, by wszystko dobrze się skończyło. Zasiało to we mnie ziarno niepewności, w tym miesiącu idę do okulisty, bo niestety ostatnimi czasy bez ciągłego mrużenia oczu nic nie widzę, jednam mam dobre myśli. :) Pozdrawiam serdecznie
    Osobliwe Delirium

    OdpowiedzUsuń
  16. Wszystko będzie dobrze, musi być!! A jak nie, to i tak będzie dobrze. Trzymaj się i nie puszczaj!

    Pozdrawiam
    To Read Or Not To Read

    OdpowiedzUsuń